web analytics
Fantasmagorie

Przyjaźń jak promień cz.1

Marta myszkowała w przeszłości, która została szczelnie zamknięta dawno temu. Wspomnienia siedziały posłusznie ułożone w szufladzie starego regału i czekały cierpliwie na przybycie światła. Na odsłanianie przeszłości dzień po dniu.

Mieściło się tam kilkanaście lat beztroski. Było to jak odkrywanie starych zabawek spakowanych do worka i wyniesionych na strych. Pamiętała, że jej mama robiła tak, nie tylko z zabawkami, ale także z innymi drobiazgami. Zbierała je, wrzucała do worka i chowała na strych. Wszystko przyniesione stamtąd, dotychczas zapomniane, po jakimś czasie stanowiło niebywałe zaskoczenie. Ponownie stawało się atrakcyjną przynętą, która autentycznie inspirowała. Kiedy ów wór, po upływie kilku miesięcy lądował znów na podłodze, cała jego zawartość otrzymywała drugie życie. Jako mała dziewczynka, potrafiła siedzieć godzinami na podłodze, oglądając wszystkie rzeczy jedna po drugiej. Mimo, iż zbadane już były wiele razy i ze wszystkich stron, wciąż kryły w sobie tyle niespodzianek! Zabawne, jak dzieci potrafią dogłębnie rozmyślać nad każdym szczegółem. Prześwietlać anatomię małej, plastikowej kukiełki. Z wnikliwością psychoanalityka, wgłębiać się w kolor, kształt, strukturę zwykłego guzika. Penetrować w zakamarkach rozprutej zabawki wymyślając niewyjaśnioną historię jej wnętrzności.

Marta pamięta, że worek zamieszkiwały niezwykle atrakcyjne kąski. Spoczywały tam tłumnie: pojedyncze klocki, zaschnięte, skurczone kasztany, samotne buciki dla lalek, kolorowy sznureczek nieznajomego przeznaczenia, ułamany zawias od szafki kuchennej, a nawet kawałek skórki z lisa, którą kuśnierz zostawił na wszelki wypadek. Obok złotej, fikuśnej nakrętki od flakonika perfum, w kształcie damskiego kapelusika, lokowała się urwana głowa małego, plastikowego misia. Tuż obok nich, leżała nakręcana na kluczyk, metalowa kurka. Uderzywszy o kostkę Rubika, wydawała z siebie ostatnie tchnienie w postaci jednorazowego, ostatniego terkotu. Zdecydowana większość tych drobiazgów dogorywała zużyta albo uszkodzona. Leżała bezbronna i samotna. Tylko nieliczne zabawki pozostały idealne, całe. Właśnie te uszkodzone były najciekawsze. Wabiły i uruchamiały wyobraźnię, która nawet chromej lalce z urwaną nogą potrafiła nadać misję królewny w krainie plastiku. Mimo swej ułomności, stanowiły niewytłumaczalną ponętę… Były prawdziwymi skarbami!

Dziś, po siedemnastu latach, skarbnicą takich pamiątek stała się szuflada. Marta złożyła w niej znaczną część swego życia. Właśnie przyszedł idealny dzień, by przeglądać plany zajęć, notatki ze studiów, najdrobniejsze kartki i karteczki, wszelkie skrawki wspomnień, którymi każdy rozsądny człowiek, przy pierwszej nadarzającej się okazji, wzbogaciłby już dawno zasoby makulatury. Były jak relikwie beztroskiej, wczesnej młodości. Kobieta przeglądała je spokojnie i z namysłem.

W starej szufladzie mieścił się także zachwyt nad – przypieczętowanym zasuszonym polnym kwiatem – przepisanym odręcznie, wierszem Asnyka. Minęło siedemnaście lat od kiedy otrzymała ten tomik poezji od Justyny. Jeszcze przed zakończeniem studiów, rozstając się, postanowiły, że zrobią sobie wzajemnie pożegnalne prezenty. Dziś, trzymając blisko serca małą książeczkę w czerwonej okładce, poczuła, że tak bardzo tęskni za przyjaciółką…

Sięgnęła po leżący w kącie plik kopert. Przymknęła oczy i siedziała chwilę nieruchomo. Ściskała je w dłoniach, tak, jakby ciepłem swoich rąk miała ogrzać pogodne ślady przeszłości. Przywołała delikatne wspomnienie dziewczęcej przyjaźni utkanej ze wszystkiego, co wtedy było najpiękniejsze: ze szczerych rozmów, zwierzeń, pierwszych, nieśmiałych uczuć, wstydliwych i ukradkowych spojrzeń, a także naiwnych, idealistycznych marzeń o przyszłym domu.

Otworzyła pierwszy list, otrzymany zaraz na początku wakacji:

Bardzo ubawił mnie Twój sen o Karolu. Pan Kleks na pewno zabrałby go do pokoju snów. Marta, chyba głupiejemy. My wcale nie znamy tych chłopaków, a mogłybyśmy napisać o nich książkę. I to wielorozdziałową.  Oto kilka przykładowych rozdziałów: Rozdz.5: „Psychologiczne motywacje kucnięcia Karola pod palmą na stołówce”. Rozdz.6: „Andrzej: buntownik z wyboru czy szpaner?” Rozdz.7: „Dlaczego Andrzej patrzy niekonsekwentnie?”…
Zazdroszczę Ci, że w każdej chwili możesz iść na uczelnię i powdychać atmosferę minionych miesięcy.

Marta przypomniała sobie pewne październikowe popołudnie. Zaprosiła Justynę na obiad, żeby razem zmierzyły się z pewnym kulinarnym wyzwaniem. Zrobiły lazanię i chociaż wyglądała jak bełty (stwierdziły to wspólnie), smakowała wybornie. Siedząc na tarasie, uznały, że będą zachowywały się jak damy, popijając herbatkę z pięknych filiżanek, których pozazdrościliby im nawet bohaterowie „Dynastii”. Uśmiechnęła się na myśl o tych dziecinnych, błazeńskich popisach zakrawających o komedię dell’arte. Zatęskniła – i wcale nie ze względu na smak potraw – do wspólnych stołówkowych obiadków, a zwłaszcza do kotletów ziemniaczanych i kaszy gryczanej z gulaszem, w którym mięsa było jak na lekarstwo.

W jednym z listów Marta, chcąc sprawić przyjaciółce radość, wysłała portret Andrzeja. Uwielbiała szkicować ołówkiem i robiła to wspaniale. Narysowała go z pamięci. Justyna odpisała, że udało się uchwycić coś bardzo prawdziwego i żywego w tej uwielbianej męskiej twarzy, a także dodała, że portret odrywa ją od rzeczywistości. Marta poczuła, że odniosła sukces. Udało się utrzymać serce przyjaciółki na uwięzi, w uzależnieniu od wspólnych przeżyć. Justyna miała bowiem dwa światy: Lublin i Rzeszów, a Marta była ciągle w tym pierwszym.

Na początku tygodnia odwiedziły mnie Anka i Beata. Uświadomiłam sobie, że już zaczyna się Lublin. Przyzwyczaiłam się do domu, rodziny, lenistwa i wysypiania się, a poza tym… boję się. Jedną z dobrych stron Lublina, jesteś Ty, Martuś. Trzy miesiące minęły. Przypominam sobie nasze pożegnanie w czerwcu i uświadamiam sobie, jak ten czas szybko leci. I znowu nasze nikłe posturki będą chodziły razem po miasteczku akademickim, śmiejąc się rubasznie niczym postawne chłopy. Marta, mam nadzieję, ze ten rok zmieni coś w naszym życiu osobistym. Może poszczęści się Tobie i mnie.

Marta bardzo nie lubiła tych wakacyjnych rozstań. Justyna w Rzeszowie miała niemałe grono przyjaciół, przy czym usposobienie miała wyjątkowo pogodne. Była nieustannie wesoła, jakby roześmiana. Wszyscy się do niej uśmiechali. Marta czuła równocześnie zazdrość i podziw. Wiedziała, że gdy Justyna wróci na kilka tygodni do rodzinnego miasta, więź między nimi mocno ucierpi, a ona – zwyczajnie zazdrosna o każdą radosną historię opowiedzianą przez Justynę, każde miłe spotkanie, o którym usłyszy, będzie musiała ponownie starać się, bezwzględnie i stuprocentowo, pozyskać uczucia przyjaciółki wyłącznie dla siebie.

Chwyciła kolejny list od Justyny. Wysłany pod koniec września…

Ja, tak samo jak ty, nie myślę już o naszych chłopcach. Nawet obraz Andrzeja zatarł mi się w pamięci. Co do Ciebie kochana i co do Karola, mam przeczucie, że już w październiku złączysz swoje usta z jego wargami. On Ci tego nie przepuści. Trenuj na poduszce…
Jestem już po weselu Eli. Zgadnij, kto złapał welon? Dosłownie uderzył w Twoją Justynkę, ale ona nie podniosła go, tylko uciekła za orkiestrę.

Czytając list po latach, Marcie przez chwilę udzielił się marazm tamtego lata i bardzo spokojnych wakacji. Dni biegły wtedy w wyjątkowo leniwym tempie, a jednocześnie tak szybko ich ubywało.

Następnie wzięła do ręki śliczną, pomarańczową kopertę. W środku była urodzinowa kartka z życzeniami zaczynająca się żartobliwie:

Kochana, a więc jesteś już stara. Pociesz się tym, że i tak młodsza ode mnie. 

Była to różnica zaledwie kilku miesięcy. Marta przyglądała się kolejnej kopercie. Z listu wylewał się, niczym tęcza, wszystkimi możliwymi barwami, potok radosnych zwierzeń, dokładnie tak jak się Marta tego spodziewała. Było o tym, że Justyna ledwo może wstać z łóżka rano i każdego dnia wstaje coraz później, przez co nie ma pojęcia, jak podoła wstawaniu o szóstej rano, by iść na uczelnię, podczas gdy Mirka wstaje codziennie o czwartej… O tym, że w swoim roztrzepaniu zgubiła dowód osobisty, a może tylko go gdzieś włożyła… kompletnie nie ma pojęcia gdzie, więc na wszelki wypadek była w urzędzie miejskim, żeby wyrobić sobie nowy… że znaczek skarbowy kosztuje 10 zł… O tym, że musiała nagle wyjechać do dziadków i ostatecznie nie była na wieczorze panieńskim Reni… a mama zmaga się z reumatyzmem i że ta kujonka Kasia Kozioł planuje zostać na uczelni…. Najzwyklejsze sprawy, wymieszane jak kogel-mogel, a jednak Marta czytała je jak najwspanialszą, wciągającą powieść, której rozdziałami były obrazy wielobarwnego, fascynującego życia. Tyle się w nich działo, podczas gdy ona, siedziała samotnie w domu, w Lublinie… A jedyne urozmaicenie dnia, to wyjście do sklepu!

List okraszony był, jak zwykle, zabawnym postscriptum:

Kasia Kozioł codziennie przychodzi do Mirki na pogaduchy. Jednego dnia siedziała trzy godziny i mówiła tylko o książkach… Mirka umiera…

Marta przypomniała sobie, że czekała na październik z nadzieją, by jej dni znów zapełnił sympatyczny szczebiot przyjaciółki.

Cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.