web analytics
zachód słońca
Fantasmagorie

Dwa dęby

Stał na rusztowaniu i zastanawiał się nad odpowiednimi proporcjami zaprawy murarskiej. Będzie musiał ją przygotować, żeby pomóc ojcu. Ręce mechanicznie wykonywały pracę, ale w głowie dudniło, jak wyrok: „Poszła z nim… poszła z Robertem”.

Podwórko było duże i jasne, a otwarte wrota od stodoły, rozchylając drewniane ramiona, zdawały się serdecznie zapraszać do środka. Słońce odważnie rzucało światło na świeżo złożone snopy złotej, lśniącej słomy. Ojciec kręcił się to tu, to tam, jakby nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Wyraźnie nie mógł skupić się na robocie. Oceniał powiązane w pęczki wysuszone gałązki grochu, które wisiały pod stropem jak swojska ikebana. Zerkał od czasu do czasu na Wiktora. Był jedynym świadkiem jego zgryzoty. Wiedział, że chłopak jest zawzięty
i tym razem nie odpuści. Zastanawiał się tylko, jak mógłby pomóc mu w tej wewnętrznej walce. Nie faworyzował żadnego ze swoich synów. Odkąd zaczęli dorastać bacznie obserwował ich współzawodnictwo w każdej dziedzinie życia.

– A teraz Natalia będzie musiała wybrać jednego z nich – pomyślał stary.

Najwyraźniej przeczuwał, że ta batalia, prowadząca do ostatecznego pojedynku
o względy dziewczyny z sąsiedztwa, musi zakończyć się klęską jednego z nich.

Wiktor przesuwał się między deskami rusztowania. Zmagał się z odstającymi płatami tynku, skuwając je mozolnie kawałek po kawałku. Skutkiem tych ciosów, odskakiwały
od muru, po czym spadały bezwładnie stukając w chodnik niczym jesienne kasztany.
Raz po raz, nerwowo zerkał w stronę drogi wiodącej od ogrodzenia przez łąki, aż za groblę.
Z wysokości dobrze widział, że ścieżka wiła się wzdłuż żywopłotu osadzonego grubymi wierzbami. Prowadziła obok stawów i znikała nagle za mostkiem. A tam, gdzie zaczynał się gęsto porośnięty zagajnik, na skraju lasku, rosły dwa stare dęby.

Spoglądał często i z niecierpliwością. Czekał, aż w końcu dostrzeże powiększające się zarysy dwóch postaci. Ogarniało go coraz większe napięcie, ale dusił je w sobie, przelewając ten niepokój w rytmiczne uderzenia narzędzi. Jego silne, opalone plecy, rozkosznie obnażone na słońcu, wydawały się jeszcze bardziej brązowe niż w rzeczywistości, a umięśnione ramiona prężyły się z każdym atakiem na nieszczęśliwie okupowaną ścianę. Włosy miał krótko przystrzyżone. Były mocno przerzedzone nad czołem i odsłaniały tworzące się zakola. Szare oczy uporczywie wypatrywały powracających, a jednocześnie zatapiały się w starym tynku, który smętnie osuwał się jak piasek w klepsydrze, odliczając minuty tego zbyt długiego spaceru.

– Poszła z nim… – nieustępliwie dudniło w jego głowie.

Ręce pracowały jednostajnym rytmem, a nieprzejednane myśli, niby krwiożercze sępy, kręciły się zajadle wokół jednego utrapienia.

– Podarował jej lilię… – nerwowo zagryzał wargi – ja też wiem, że Natalia lubi lilie… Ręce swoje, a myśli dalej swoje.

– Gdzie oni teraz są? Jak można tak długo łazić po łąkach?

Znów rzucił spojrzenie na pobliską ścieżkę za wierzbami, na które odpowiedziała mu wyłącznie beznadziejna pustka. Przez chwilę przypatrywał się chmurom. Jedynie one wynurzyły się teraz spoza ścian zagajnika. Popychały się powolnie, jedna drugą, zahaczając
o siebie jak zębate koła i tworząc obłok, puchaty i wielki niczym wata cukrowa.

Wiktor wsłuchiwał się w szelest liści, jakby one miały donieść mu z oddali jakiekolwiek świadectwo przebiegu tego spotkania. Ale i tym razem, zaledwie skrzekliwy krzyk nawołujących się ptaków wodnych przerwał tę niezmąconą ciszę królującą nad łąkami. Okolica była nadzwyczaj spokojna. Tylko jezioro natrętnych myśli było wzburzone i niezmordowanie niosło go, niczym na fali, za mostek, koło dębów, aż nad łąkę, nad którą powoli zaczął mościć się srebrny welon wieczornej mgły.

Ojciec bezbłędnie odczytał zadumanie Wiktora i uznał, że najlepszym rozwiązaniem
do ucięcia tych rozmyślań dla nich obu, będzie zakończenie pracy.

Zaczynało się ściemniać. Na horyzoncie coraz wyraźniej rysowały się sylwetki powracającej pary. Wiktor już miał zbierać narzędzia, gdy usłyszawszy z oddali radosny śmiech dziewczyny, niespokojnie poderwał się. Błyskawicznie chwycił rzuconą na deski rusztowania cienką, lnianą koszulę, po czym zaczął ją pośpiesznie zapinać. Nie chciał, żeby Natalia zauważyła jego mocno zarośnięty tors, którego bardzo się wstydził. Ilekroć pozbywał się uporczywego owłosienia, wracało one ze zdwojoną siłą, paskudnym podrażnieniem skóry
i jeszcze gorszą szczeciną. W końcu odpuścił te zabiegi. Wryło się to tak dobitnie we własne poczucie wartości, iż stało się czymś więcej niż namolnym kompleksem. Stało się urojeniem.

Ojciec dostrzegł zbliżających się i podszedł ku nim. Wiktor również. Próbował jeszcze na wszelki wypadek wygładzić zmiętoszoną koszulę, żeby nic przez nią nie prześwitywało. Ostatecznie uznał, że najlepszym rozwiązaniem, będzie skrzyżowanie rąk na piersi. I szybkie postanowienie; cokolwiek zaraz usłyszy, w takiej pozie najlepiej odegra rolę niewzruszonego.

Robert odezwał się pierwszy. Zaczął brylować. Tylko kogo obchodziło to, nad czym akurat tak się rozwodził. Znalazł się miłośnik przyrody. Trzeba jednak przyznać,
że prezentował się wyśmienicie. Szczupły, wysoki brunet, któremu gęste, półdługie włosy wdzięcznie rozkładały się na kształtnej głowie. W trakcie swojego wywodu, Robert subtelnie wkładał dłonie między bujne loki, przeczesując je palcami, a one miękko i swobodnie opadały na boki. Pogodne, brązowe oczy z każdym słowem, z każdym mrugnięciem falowały płaszczem kruczoczarnych rzęs. Z twarzy nie znikał uśmiech.  Zresztą, cokolwiek robił Robert, o czym by nie opowiadał, jego oczy zawsze się uśmiechały. Może wydawał się nieco naiwny w swym pozytywnym nastawieniu do świata, ale właśnie ten wiecznie obecny uśmiech sprawiał,
że szybko zyskiwał sympatię wszystkich dookoła.

Obok niego, w jaskrawej sukience związanej tasiemką na kokardkę przy dekolcie, stała Natalia. Włosy miała rozpuszczone. Była śliczna. Wiktor doskonale znał tę sukienkę. Ileż to razy wyobrażał sobie, jak wolniutko pociąga za sznureczek od tej kokardy…

Natalia przysłuchiwała się relacji Roberta lekko zmieszana.  Z jednej strony, patrzyła na niego z fascynacją; przystojny, dowcipny, błyskotliwy. Nie sposób było patrzeć na niego obojętnie. Ba, nie sposób było się nim nie zachwycać. Z drugiej strony czuła się nieswojo, na myśl, że w przypływie jakiegoś impulsu, z tego potoku słów mogą za chwilę wydobyć się niezręczne szczegóły. Właściwie dlaczego zgodziła się na ten spacer? Wprawdzie spędziła czas bardzo przyjemnie, ale co będzie, jeśli Robert, zechce coś dodać, ubarwić albo padną słowa, które nie wybrzmiały naprawdę?

Tę kłopotliwą sytuację pogarszał jeszcze jeden fakt. Nie chciała, żeby przebieg tego spotkania i towarzyszące mu okoliczności zostały tu i teraz tak bezlitośnie ujawnione. A zwłaszcza w obecności Wiktora. Natalia spojrzała na niego ukradkiem. Był nieogolony. Wydawał się zupełnie niezaangażowany w żywą opowieść Roberta. Jasnoszare oczy, smutne i  zmęczone, miały wyraz bólu. Zjechała wzrokiem poniżej szyi. Miał rozpiętą koszulę. Myślała, że uda jej się zerknąć dyskretnie. Chciała tylko rzucić okiem i zapamiętać skrawek ciała, który tak ją hipnotyzował. Wtedy zobaczyła, że jeden z krnąbrnych guzików, niepostrzeżenie, pozbawiony cienia przyzwoitości, odskoczył od wyznaczonej mu dziurki. Między brzegami koszuli, odrobinę poniżej kołnierzyka, wzdłuż obojczyków, w stronę szyi wychylało się to, co Wiktor tak starał się ukryć. Zrobiło się jej gorąco, i nagle, właśnie teraz, w kulminacyjnej chwili zaspokojenia tej wszędobylskiej ciekawości,  ich oczy się spotkały. Została przyłapana. Poczuła duszące zakłopotanie. Ogień spłynął na policzki, a następnie dosięgnął uszu. Palił do tego stopnia, że w tamtej chwili, nie słyszała, o czym mówił Robert. Gdyby została teraz o cokolwiek zapytana, nastąpiłaby natychmiastowa, bezlitosna demaskacja. Pożałowała swojej dociekliwości. Spuściła głowę i patrzyła w ziemię.

Noc nie była spokojna. Natalia miała dziwny sen. Śniła, że tego szczęśliwego, słonecznego dnia, była umówiona z Wiktorem. Miał czekać na nią za mostem, przy starych dębach, koło zagajnika. Z każdym przybliżającym się do niego krokiem, czuła rozpływającą się po ciele rozkosz na myśl, że on już tam jest, że czeka. Zauważyła go od razu, gdy tylko weszła na ścieżkę. Stał tyłem w cieniu jednego z dębów. Taki spokojny. W bielutkiej jak śnieg koszuli. I właśnie pierwszą rzeczą, którą Natalia od razu dostrzegła, była atletyczna sylwetka mężczyzny. Widziała ją z daleka w postaci białego trójkąta jego silnych, umięśnionych pleców. Cierpliwie czekał. Jeszcze nieobecny, może zamyślony, jakby patrzył gdzieś w dal.
Gdy usłyszał jej kroki, była już blisko. Odwrócił się. Trzymał czerwoną różę. Praktycznie sam jej łepek, bo wokół króciutkiej łodygi owinięty niczym kołnierz był ciemnozielony liść funkii. Twarz miał promienną. Uśmiechnął się na powitanie. Przylgnął prawą dłonią do jej policzka
i kciukiem pogładził jej błogo odchyloną, jak soczysty płatek piwonii, dolną wargę. Musnął raz i drugi. Pochylił się, zbliżając do jej twarzy. Patrzył przenikliwie. Oddychał tak głęboko,
aż Natalia poczuła jego gorący oddech na sobie. Wiedziała, co zaraz nastąpi, więc na chwilkę zamknęła oczy.

– Czekałem na ciebie – wyszeptał.

To było zaproszenie. W końcu chwycił łapczywie tę zniewalająco wystawioną wargę
i zaczął całować. Wtedy otworzyła oczy. Zobaczyła nad sobą odbicie kogoś zupełnie innego. Był to widok upiorny. Skóra twarzy zwęglona, brązowo-czarna, pokryta ropiejącymi bliznami, łuszcząca się ciągnącą, cuchnącą zgnilizną.

Zagrzmiało. Odgłos ten wyrwał Natalię z koszmaru.

Tymczasem Wiktor obudził się po szóstej. Przecierał zaspane oczy. Chwycił butelkę wody mineralnej i zachłannie pił. Za oknem czaiły się groźne, ołowiane chmury. Z tego powodu było dużo ciemniej niż zwykle o tej porze. Zerwał się silny wiatr. Burza była już blisko.

Chłopak zaczął kalkulować, że największa ulewa dotrze, kiedy akurat będzie musiał jechać do firmy. Myślał o wczorajszym dniu. Skoro wybrała Roberta, nie będzie się ujawniał. To nie ma sensu. Będę sam – postanowił – życie toczy się dalej.

Właściwie nie mógł pogodzić się z tym, że kolejny raz skapitulował. Znowu był na drugim miejscu. Dla mężczyzny nie ma nic gorszego, niż być tym drugim, zwłaszcza jeśli przegrywa ze swoim bratem. Pewnie łatwiej przyszłoby mu przełknąć gorycz porażki, gdyby wybrankiem Natalii został ktoś inny. Byle tylko nie Robert, z którym od pewnego czasu tkwił w milczącej, nienazwanej rywalizacji. Uważał to za wielką swoją słabość, którą powinien natychmiast zdusić. I oto teraz, w asyście nadchodzącej burzy, zadecydował, że pod żadnym pozorem nie zdradzi się z uczuciami.

Spojrzał w swoje odbicie w lustrze i zaczął nakładać na policzki piankę do golenia.  Zatrzymał się na chwilę w bezruchu, po czym sięgnął po ręcznik i wytarł cały rozprowadzony kosmetyk. Nie, nie będzie się golił. Pójdzie do pracy nieogolony. To nie jest jakiś tam czas, który wystarczy przeczekać. Natalia dokonała wyboru. Wczoraj wyglądała na szczęśliwą. Tak, życie toczy się dalej, a on nie pozwoli sobie, by opanowało go poczucie porażki. Wiedział,
że to byłoby patologiczne.

Na zewnątrz nadal szalał wiatr. Zaczęło lać. Natalia gorączkowo przetarła usta, jakby jeszcze tkwiła w makabrycznym śnie. Nie chwyciła za sennik, jak kiedyś, próbując rozszyfrować senne symbole. Niczego nie analizowała. Serce, które od jakiegoś czasu upominało się o prawdę, teraz ostatecznie biło na alarm. Nie będzie dłużej oszukiwała ani siebie, ani chłopaków. Jeszcze dziś popołudniu porozmawia z Robertem i przyzna, co czuje do Wiktora.

Od godziny lało niemiłosiernie. Kolejna fala deszczu siekała bezlitośnie szyby. Błyskało się raz za razem. Natalia wiedziała, że to irracjonalne, jednak przypomniała sobie słowa swojej babci, która tłumaczyła jej, że w czasie burzy nie można stać przy oknie, dlatego zaczęła się szykować do wyjścia. W pewnym momencie usłyszała sygnał przejeżdżającej karetki, ale bała się wyjrzeć. Syrena wyła rozdzierająco. A może to była straż pożarna? Pomyślała, że pewnie się pali. Ludzie na wsi boją się tego dźwięku. Wiedzą wtedy, że nieszczęście jest gdzieś bardzo blisko. Gdzieś obok.

Natychmiast po powrocie z pracy, tak jak postanowiła, wybrała się do Roberta. W oknach domu pokutowała złowieszcza, drętwa ciemność. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego w środku nie pali się światło  dlaczego drzwi wejściowe były otwarte. W kuchni, w zupełnej ciemności, przy stole klęczał jego ojciec. Dłońmi zakrywał twarz. Modlił się nieruchomo, obojętny na wszystko. Dopiero po chwili odezwał się…

Natalia chwyciła się dłońmi za szyję, jakby ten gest miał pomóc jej złapać oddech. Poczuła, że ziemia się pod nią zapada. W jej martwym oku zamigotała, szkląca się jak topniejąca w słońcu kostka lodu, łza. I już wiedziała, że nigdy więcej nie zobaczy Wiktora. I już niczego mu nie wyjawi.

Osunęła się niemo na podłogę, jak gdyby stała na brzegu szorstkiej, surowej ściany przepaści.

 

Coda

 

Przychodzę do ciebie, przychodzę z daleka.

Wiem, że tam na mnie twoja dusza czeka.

Już mgła odpłynęła po skoszonej trawie,

a ty pewnie stoisz i czekasz przy stawie.

Ja omijam i łąki i pola i ludzi…

Boże, nie pozwól, żeby ktoś mnie zbudził

ze snu, w którym biegnę po skoszonej trawie,

bo wciąż wierzę, że stoisz i czekasz przy stawie.

Już błyszczą gwiazdy, w oddali pies szczeka,

lecz ja patrzę na ten cień z daleka,

co na końcu mej drogi znajdował się prawie,

a były nim… dwa dęby rosnące przy stawie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *