web analytics
Fantasmagorie

Liść

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć, wydarzyła się kiedyś naprawdę. Opowiedział mi ją mój ojciec. A jemu, dziadek… 

 

W niewielkiej wsi na Roztoczu mieszkał zacny gospodarz, Kołodziej. Był on właścicielem czterdziestu mórg ziemi. Miał wielkie poszanowanie wśród okolicznych mieszkańców. Służyło u niego kilku parobków, którym dawał dach nad głową i pożywienie. Byli to najczęściej mężczyźni przywiezieni do niego jeszcze jako dzieci. Pochodzili głównie z rodzin wielodzietnych, z biednych domów, gdzie od pokoleń królowała nędza.

Pewnej wiosny, kiedy już przyleciały bociany, drzewa wypuszczały młode listowie,  a wiosna kotłowała się raźno we wściekle zielonej trawie, żółciuchnych mleczach, buszujących pszczołach, motylach i skowronkach, trafił tu dziesięcioletni  chłopiec. Miał na imię Jaś. Ubrany był w lichy paltocik zarzucony na zgrzebną koszulinę.

Przyszedł ze swoim ojcem, a przytuliwszy się do jego masywnego ramienia spytał:

– Po co my tu przyszlim?

–  Zobaczysz – odparł zdawkowo stary.

– Tatulu, tatulu! Ale czy ja tu zostanę? – dociekał zlękniony.

–  Ano…

Mężczyzna spostrzegł gospodarza krzątającego się nieopodal szopy i ruszył w głąb podwórka, krzycząc do niego z daleka:

–  Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

– A na wieki wieków! Zachodźcie dalej – zachęcał Kołodziej.

Jaś pozostał jednak przy płocie i przez chwilkę rozglądał się lękliwie po obejściu.

Znad obórki wychylało się kwietniowe słońce. Dwa bociany dreptały w najlepsze po gnieździe ulokowanym na masywnej stodole. Kołodziejowa wyszła z chałupy i wyrzuciła bieluśką pierzynę na płot. Wtem pierwsze obudzone muchy wyleciały ze swoich zakamarków i przycupnęły na niej niczym piegi, wystawiając leniwie grzbiety do słońca. Następnie zaskrzypiały okiennice i kobieta otworzyła je szeroko, wietrząc izbę z zimowego zaduchu. Ciepłe powietrze natarczywie pchało się świeżym szturmem do środka. Chłopiec cały czas wpatrywał się w zgarbionego ojca, który kiwał pokornie głową przed dumnie wyprostowanym gospodarzem.

– A postąpie[1] mu niecoś… Bądźcie spokojni, Antoni. Będę dla niego jak rodzony ojciec – zapewniał Kołodziej.

– Bóg Wam zapłać – powiedział na zakończenie rozmowy ojciec, nie posiadając się
z wdzięczności.

Podszedł do Jasia i rzekł:

– Ostańże z Bogiem, mój synu. Tylko nie płacz mi tu!

I tak uścisnął smyka, unosząc w ramionach do góry, aż małemu czapka spadła. Oczy starego przeszkliły się, ale odwrócił głowę na chwilę, skierował twarz pod wiatr i zamrugał nienaturalnie kilka razy. Postawił go na ziemi, odwrócił się i z wolna odszedł.

Jaś próbował być dzielny, ale walka ta trwała tylko chwilę. W sekundę bezprzytomnie się rozpłakał. Nie chciał, żeby ojciec gwałtownie przywołał go do porządku. Pragnął pobiec
za nim, chwycić go za kożuch, uczepić się i zatrzymać, ale natychmiast jakaś silna, męska dłoń błyskawicznie ujęła go za wątłe ramię. Przetarł brudnymi piąstkami oczy i spojrzał do góry. Był to Kołodziej.

Chłopiec początkowo wykonywał proste prace, sprzątał w domu, karmił kury, kaczki, gęsi. Z czasem rąbał drewno na opał. Wśród tych zajęć, upłynęło parę lat. Jaś wydoroślał. Zaczął pracować w polu. Czy to mróz, czy spiekota, zawsze był na każde zawołanie, chętny do najbardziej mozolnej harówki. Zrodziła się w nim nie tylko wielka śmiałość, ale i naiwne przekonanie, że stał się domownikiem, członkiem rodziny, u której pracował za trzech. Tak przyzwyczaił się do swego chlebodawcy, że gdy rozmawiał z chłopami we wsi, mówił o wszystkim z nadzwyczajnym entuzjazmem, jakby cały majątek gospodarzy był jednocześnie jego dobytkiem.

– A u nas to się nową oborę muruje – chwalił się napotkanym chłopom, którzy na te słowa z uznaniem kiwali głowami.

Majątek starego Kołodzieja ciągle się pomnażał. Gromadzone zasoby nieustannie wywoływały podziw i uznanie pozostałych mieszkańców. Wszyscy się z nim liczyli.

Z tego powodu, pewnej zimy, gospodarze zostali zaproszeni na wesele we wsi.
Na polach, aż po horyzont panoszyła się bezkresna biel. Kołodziejowie kazali przygotować na tę okoliczność załubki[2], których używali tylko na szczególne okazje. Prezentowali się w nich pierwszorzędnie.

Jaś przywiózł towarzystwo i czekał na dworze. Po jakimś czasie, ktoś z weselników zauważył go zmarzniętego i natychmiast zawołał:

– Wynieśta kobity co jeść Jasiowi!

I najpierw jedna przyniosła chłopinie ćwiartkę chleba, trochę wędzonego boczku
oraz kiełbasy. Potem druga wcisnęła mu w rękę spory kawał placku na miodzie.

Zjadł wszystko ochoczo, patrząc w roziskrzone niebo ze spokojem. Szczęśliwie nie musiał tęsknić za domem. Mieszkał wygodnie w osobnym alkierzu, podczas gdy inni parobkowie spali w oborze, przy bydle. Był nie tylko niezwykle pracowity, ale zawsze dobroduszny, więc wszyscy ludzie go lubili. A tak przyzwyczaili się do niego, że po jakimś czasie nikt już nie pamiętał jego właściwego nazwiska, ani z jakiej rodziny pochodził, lecz, gdy ktoś o nim wspominał, mówił po prostu: „Jasiek Kołodziejów”.

Minęło kilkanaście lat. Jaś podupadł nieco na zdrowiu. Coraz częściej dokuczał mu także reumatyzm. Akurat lato tego roku zapowiadało się niezwykle pogodne. Żniwa były za pasem. Zboża kołysały się w słońcu leniwie uginając od brzemiennych, złotych kłosów. Gdzieniegdzie wychodzili już gospodarze na pola z kosami i sierpami.

jęczmień

Słoneczne dni mijały jeden za drugim i należało przypuszczać, że takie upały cięgiem występujące, lada moment nagłą burzę sprowadzą.

Któregoś dnia stary Kołodziej nasłuchiwał jak kogut zawzięcie pieje i w przeczuciu rychłej zmiany pogody rzekł do żony:

– Zboże obrodziło, oj obrodziło! – mruczał z zadowoleniem. – Bedziewa[3] się musieli rozejrzeć się za jakim nowym najemnikiem, bo sami nie skończym roboty.

– A bo to i nie wiem tego?! Jużem się rozpytywała we wsi o nowego parobka – odparła gospodyni.

Pod wieczór młynarzowa przyprowadziła do Kołodziejów młodego wyrostka, którego wołali Józkiem. Nie wiedziała dobrze, kto on i skąd przybywa. Nie pora była zresztą o tym deliberować, gdyż rąk do żniw brakowało. Grunt, że chłopaczysko było krzepkie i chętne do pracy.

Następnego dnia, od świtu, wszyscy uwijali się jak mogli. Pierwsze skrzypce grał, Stefan, najstarszy syn Kołodzieja. Teraz on był pierwszy gospodarz we wsi. Ojciec jego już coraz mniej zdolny do pomocy, zwykle zostawał w domu albo krzątał się po podwórku.

Stefan ciął zamaszyście, a zboże padało jak omdlałe. Józek także ostro uwijał się w znojnym trudzie. Praca wrzała niczym w ulu, aż kurz wiercił w nozdrzach. Tylko Jaś, nie mogąc pomóc wiele, dostał zadanie, by wyprowadzić krowy na pastwisko i ich pilnować, a wieczorem pomógł zaledwie zwieźć wozem ostatnie pokosy.

Jak latem, tak i jesienią wszyscy poczęli z robotą społem ruszać, gdyż o tej porze roku zmierzch nadchodził niespodziewanie. Niebo szybko posępniało na całej połaci, a okolica ciemniała jak okiem sięgnąć.

– Roboty jeszcze tyla! Jak to obrobić? – pomstował Stefan.

Ojciec jego już coraz mniej zdolny do pomocy, zwykle zostawał w domu albo krzątał się po podwórku.

Ostatecznie wykopki dla Kołodziejów były także łaskawe, mimo iż wicher co jakiś czas zrywał się gwałtowny i podrywał ziemię, by suchym pyłem smagać po utrudzonych twarzach. Plugawa słota przybliżała się nieprzejednanie, a wraz z nią mgły, nocne wycie wiatru
i pierwsze przymrozki.

Z końcem jesieni, Jaś na dobre się rozchorował. Stefan zauważył, że mężczyzna potyka się, sił mu brakuje i robi coraz dłuższe przerwy na odpoczynek. Wnet zorientował się, co to oznacza i pojąwszy, że nie będzie miał już z niego pożytku, umyślił taką przemowę:

– Jasiu, musisz przenieść się spać do sieni, bo teraz Józef bedzie tu spał. On musi być blisko, a we dwóch bedzieta tu mieć za ciasno ­– oznajmił kategorycznie i sam wrócił do ciepłej izby.

Jaś poszedł wyjrzeć za stodołę. Było cicho i spokojnie. Gdzieś niedaleko, po sąsiedzku, wrony rajcowały w pustym sadzie. Popatrzył na te gołe, uprzątnięte pola. Spojrzał na gładkie, zaorane skiby i wspomniał na dzień, w którym pierwszy raz przyszedł do Kołodziejów,
i widząc odchodzącego ojca, tak strasznie chciało mu się płakać. Poczuł się jak ten zmurszały jesienny liść przyklejony do ciemnej od wilgoci roli, która teraz, niczym nakryta żałobnym kirem, zapadała w niezmącony sen.

„Gdyby tylko wyzdrowieć i mieć sił jak dawniej…! Gdyby tylko wyzdrowieć! – powtarzał gorączkowo. – Ziemia i gospodarze mieliby ze mnie pożytek…” – ubolewał. Jedyną jego miłością i posłannictwem była praca. Dzieło rąk, utrudzonych w mitrędze i pokorze.

Na koniec, rzuciwszy tęsknym wzrokiem na ukochane zagony, uniósł tylko głowę ku niebu, po czym ustami coś prawie bezdźwięcznie wyszeptał. Zebrał się w sobie, wrócił do izby,
skręcił w zawiniątko swoje rzeczy i usłużnie poszedł na nowe, wyznaczone miejsce. Niebawem znów kazano mu się przenieść. Tym razem z sieni do reszty parobków. Jego nędzne i niechlujne posłanie składało się już tylko ze słomy przyrzuconej niedbale starą płachtą. Przypominało bardziej barłóg dzikiego zwierza niż posłanie człowieka.

A zima w tym roku przyszła wyjątkowo wcześnie. Od kilku tygodni ostro sypało, a zaspy śniegu piętrzyły się jak piramidalne ściany. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia.
Jaś zupełnie zaniemógł. Wkrótce młody gospodarz ponownie zwrócił się do niego:

– Bedziesz pracował tylko do niedzieli, Jasiu. Za niedługo wilija… przyjdzie chmara ludzi na pośnik[4], a tu miejsca mało… ­– oznajmił niewzruszony i obojętnym gestem sięgnął
do sakiewki po pieniądze. – Wiela ci jestem winien za zasługi? Zapłacę, nie kłopocz się, zapłacę…

Jaś skamieniał. Nic nie odpowiedział. W głowie mu kołatało i duszno się zrobiło, jakby kto obuchem w głowę dał i jeszcze głaz na piersi położył. A nieodwołalne słowa, jak ten kamień, przygniatały teraz aż do samego klepiska. Ziemia, po której dotychczas chodził, i na której niewolniczo pracował, mignęła przed oczami bezpowrotnie. Serce jakby skurczyło się i napełniło jakąś nieustępliwą, niespokojną treścią. Spakował więc kilka swoich rzeczy,
w tym ostry kozik, który kupił kiedyś na jarmarku; przywdział jedyną odświętną koszulę, zarzucił kożuch i wyszedł.

Mróz tego dnia był spory i wiał przejmujący wiatr. Ludzie powoli kończyli obrządek, obchodzili zakątki swego obejścia, zamykali izby, a wyglądając przez okna, zastanawiali się, co to za człeczyna idzie drogą w taką zawieję. Rozpoznawszy znajomą sylwetkę, dziwili się: „Gdzie to ten Jaś tak idzie z tobołkiem o tej porze?”. Dla nich pozostał „Jasiem Kołodziejów”.

Ruszył w nieznane, w poszukiwaniu ostatniego miejsca dla siebie. W rzeczywistości, dotarło do niego, że stał się samotnym i bezdomnym człowiekiem. Wyrzucony. Gorzej niż pies. Odszedł kierując się w stronę rodzinnego domu, choć wiedział, że tam już nie było ani rodziców ani nikogo bliskiego. A tutaj? Znikąd przyjaznej duszy, by dobre słowo usłyszeć. I znikąd pomocy.

Wspomniał na minione lata, gdy wracał z pola, spracowany, to i jeść tłusto dostał i z domownikami przy ciepłym piecu przesiadywał. Nie pamiętał innej przeszłości. Przyszłości zresztą też już nie widział. Spozierał posępnie w okna chałup, w których raz po raz zapalały się żółtawe płomyczki lamp, a jakieś niewyraźne, gęste postaci kołysały się w tym spokojnym, ciepłym domowym świetle.

Pod wieczór śnieg zaczął kurzyć jakby mocniej. Z każdym stąpnięciem, pod butami charczało mroźne, bolesne skrzypnięcie.

Po drodze jeszcze zaszedł do karczmy, gdzie dotychczas nie miał okazji ani potrzeby wstępować. Ściskał w garści tę parę złotych, ale cóż z podarowanej zapłaty, skoro nie ma dokąd pójść? Kupił trochę wódki. Przez chwilę poczuł się lepiej. Gorzałka niczym piołun paliła nie tylko w gardle. Paliła dużo głębiej. Gorycz wypalała wnętrzności jak połknięta pochodnia. Nigdy wcześniej nie próbował takich trunków, więc bardzo szybko się upił. Z początku zdawało mu się, że lata, a potem, że spada i tonie jednocześnie.

Kiedy wyszedł z karczmy śnieg tak zacinał, jakby sam diabeł lodowatą kaszą bezlitośnie w oczy sypał. Jeszcze na skraju wsi, Jaś zatrzymał się i spojrzał za siebie. Teraz, cały jego świat i dawne szczęście zostały bezpowrotnie tam daleko. Żal niemiłosiernie kotłował się i dławił go w gardle. Oto w oddali stały przed nim wiejskie chałupy. I ta jedna, znacząca, w której przepracował całe życie. Nie, nie tylko pracował. Służył, z wielkim oddaniem. Nieszczęsny, poświęcił swoje zdrowie i siły na chwałę mocarnego gospodarza, który w przededniu świąt nie dostrzegł w nim nawet człowieka.

Na skraju gościńca znów przystanął na chwilę. Chciał krzyknąć coś ze wszystkich sił w stronę wsi. Ścisnął pięści jakby szamotał się w sobie, ale tylko zachwiał się zbolały. Drżące wargi nie potrafiły poddać się nakazowi woli. Zaledwie rozpaczliwie otworzył usta, głos w nim zamierał bez jakiejkolwiek nadziei.

– Ach!… Jeszcze tylko przejść ten las długi na dziesięć pacierzy…– pomyślał dygocząc cały. – Żeby tylko ten zagajnik minąć…

Zza horyzontu wyłaniała się już złowroga gęstwina, a na drodze stopniowo malała zwiędła, skulona postać. Przeszywająca ciemnica jednak wkraczała coraz śmielej. Dogasający życia szlak kurczył się niemiłosiernie, a tuż za rogiem czaił się nie tylko bezmiar nocy.

 

[1] postąpić – dopełnić obowiązku zapłaty, podarować.

[2] załubki – reprezentacyjne sanie, używane od święta.

[3] bedziewa – gwar. będziemy.

[4] pośnik – dawn. wieczerza wigilijna.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *