web analytics
Fantasmagorie

Jaś

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć, wydarzyła się kiedyś naprawdę. Opowiedział mi ją mój ojciec. A jemu, dziadek…     

W  niewielkiej wsi niedaleko Lublina mieszkał zacny gospodarz – Kołodziej. Był on właścicielem czterdziestu mórg ziemi. Miał wielkie poszanowanie wśród mieszkańców wsi. Służyło u niego kilku parobków, którym dawał dach nad głową i pożywienie. Byli to najczęściej  ludzie przywiezieni do niego jeszcze jako dzieci. Pochodzili głównie z rodzin wielodzietnych, gdzie od pokoleń mieszkała nędza.  Pewnej  wiosny, kiedy już przyleciały bociany, a wiosna kotłowała się raźno we wściekle zielonej trawie, mleczach, pszczołach, motylach i skowronkach, trafił tu dwunastoletni wyrostek. Miał na imię Jaś. Ubrany był w lichy paltocik zarzucony na zgrzebną koszulinę. Przyszedł tu ze swoim ojcem, który wcześniej długo rozmawiał z gospodarzem. Przytuliwszy się do ramienia ojca spytał:

– Tatulu! Czy ja tu zostanę?

–  Ano – odparł stary.

Jaś przecierał oczy brudnymi piąstkami. Próbował się nie rozpłakać. Nie chciał, żeby ojciec gwałtownie przywołał go do porządku. W końcu zdecydowano, że chłopak zostanie u Kołodziejów. Początkowo  wykonywał proste prace; sprzątał w domu, karmił kury, kaczki, gęsi. Z czasem rąbał drewno na opał. Niekiedy rozpędzał wrony i szpaki z sadu, albo zające z ogrodu:

– A poszły darmozjady z kapusty! Ja wam dam zaraz! – krzyczał wniebogłosy i dalejże począł przeganiać szkodniki, gdzie pieprz rośnie, wymachując kijem.

jęczmień

Wśród tych zajęć, upłynęło parę lat. Jaś wydoroślał. Zaczął pracować w polu. Czy to mróz, czy spiekota, zawsze był na każde zawołanie, chętny do najbardziej mozolnej harówki. Zrodziła się w nim nie tylko wielka śmiałość, ale i silne przekonanie, że stał się domownikiem, członkiem rodziny, u której pracował.

Tak przyzwyczaił się do swego chlebodawcy, że gdy rozmawiał z chłopami we wsi, mówił o wszystkim z nadzwyczajnym entuzjazmem, jakby cały majątek gospodarzy był jednocześnie jego dobytkiem. Serce mu się niebywale radowało, tak cieszył się z tego, jak powiększa się domostwo wraz z całym inwentarzem.

– U nas to się oborę muruje – chwalił się napotkanym chłopom, którzy na te słowa z uznaniem kiwali głowami.

Majątek starego Kołodzieja ciągle się pomnażał. Gromadzone zasoby nieustannie wywoływały podziw i uznanie mieszkańców. Wszyscy się z nim liczyli.

Z tego powodu, pewnej zimy, gospodarze zostali zaproszeni na wesele we wsi. Na polach, aż po horyzont panoszyła się bezkresna biel. Kołodziejowie kazali przygotować na tę okoliczność załubki. Nie używano ich na co dzień. Miały one zamontowane niskie siedzenia. Przód, na którym znajdował się kozioł, przeznaczony był dla furmana. Ozdobiony był dekoracyjnymi listwami drewnianymi. Po bokach umocowane były kunsztowne kowalskie okucia. Wygląd miały wyjątkowo paradny. Gospodarze prezentowali się w nich pierwszorzędnie.

Jaś przywiózł towarzystwo i czekał na dworze. Ktoś zauważył go zmarzniętego i zawołał:

– Wynieśta co jeść Jasiowi! – i jeden z weselników przyniósł chłopinie kawałek chleba oraz wędzonego boczku i kiełbasy.

Jaś zjadł ochoczo, patrząc w roziskrzone niebo ze spokojem. Szczęśliwie nie musiał tęsknić za domem. Nigdy nawet nie pomyślał, że mógłby zostać pozbawiony tego, co teraz tak bardzo cieszyło, jakby było jego własnością. Mieszkał wygodnie w osobnym alkierzu, podczas gdy inni parobkowie spali w oborze, przy bydle. Miał wszystko, czego mu było potrzeba. Był wesoły, pracowity i oddany, więc ludzie go lubili. A tak przyzwyczaili się do niego, że po jakimś czasie nikt już nie pamiętał jego nazwiska, ani z jakiej rodziny pochodził. Gdy ktoś o nim wspominał, mówił po prostu: „Jaś Kołodziejów”.

Minęło kilkanaście lat. Jaś zaczął chorować. Dokuczał mu reumatyzm i wkrótce zaniemógł. Gospodarz zauważył, że mężczyzna potyka się, sił mu brakuje i robi coraz dłuższe przerwy na odpoczynek. Wnet zorientował się, co to oznacza i pojąwszy, że nie będzie miał z niego pożytku, umyślił taką przemowę:

– Jasiu, przyszedł nowy parobek, Józef. Musisz przenieść się spać gdzie indziej, bo teraz Józef bedzie tu spał. On musi być blisko, a we dwóch tu bedzieta mieć za ciasno. Bedziesz mu zawadzał…- tłumaczył stary Kołodziej.

Niebawem kazano przenieść się Jasiowi z alkierza do sieni. Jego nędzne i niechlujne posłanie składało się teraz ze słomy przyrzuconej niedbale starą płachtą. Przypominało barłóg dzikiego zwierza.

W końcu nadszedł wyjątkowo mroźny grudzień. Zaspy śniegu piętrzyły się jak piramidalne ściany. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Jaś rozchorował się jeszcze bardziej. Wkrótce gospodarz znów zwrócił się do niego:

– Bedziesz pracował tylko do niedzieli. Ja tobie zapłacę, a za kilka dni wilijo… Przyjdo ludzie na pośnik, a tu jest mało miejsca. Już mi się Jasiu na nic nie przydasz…

Jaś nic nie odpowiedział. Skamieniał. W głowie mu kołatało i duszno się zrobiło, jakby kto obuchem w głowę dał i jeszcze głaz na piersi położył. A słowa te, jak ten głaz, przygniatały teraz aż do samego klepiska. Ziemia, po której dotychczas chodził i na której pracował, mignęła przed oczami bezpowrotnie. Serce napełniło się jakąś nieokreśloną, niespokojną treścią. Spakował więc drobne łachmany, przywdział odświętną koszulę, zarzucił kożuch i wyszedł.

Ruszył w nieznane, w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Mróz tego dnia był spory i wiał przejmujący wiatr. Ludzie powoli kończyli obrządek, obchodzili zakątki swego obejścia, zamykali izby, a wyglądając przez okna, zastanawiali się, co to za człeczyna idzie drogą w taką zawieję. Rozpoznawszy znajomą sylwetkę, dziwili się: „Gdzie to ten Jaś tak idzie z tobołkiem?…’’. Dla tych obcych, ale przyjaznych mu ludzi pozostał „Jasiem Kołodziejów”.

W rzeczywistości, od tej pory stał się samotnym i bezdomnym człowiekiem. Wyrzucony. Gorzej niż pies. Odszedł kierując się na południe. Szedł w stronę domu, choć wiedział, że tam już nie będzie ani rodziców, ani nikogo bliskiego. Nie pamiętał przeszłości. Przyszłości też nie miał.

Pod wieczór śnieg zaczął kurzyć jakby mocniej. Z każdym stąpnięciem, pod butami charczało mroźne, bolesne skrzypnięcie.

Po drodze jeszcze zaszedł do karczmy, gdzie dotychczas nie miał okazji ani potrzeby wstępować. Cóż mu z podarowanych paru złotych, skoro nie ma dokąd pójść? Kupił za nie trochę wódki. Przez chwilę poczuł się lepiej. Z początku zdawało mu się, że lata, a potem, że spada i tonie jednocześnie. Gorzałka niczym piołun paliła nie tylko w gardle. Paliła dużo głębiej. Gorycz wypalała wnętrzności jak połknięta pochodnia. Nigdy wcześniej nie próbował takiego trunku, więc bardzo szybko się upił.

Kiedy Jaś wyszedł z karczmy śnieg tak zacinał, jakby sam diabeł lodowatą kaszą bezlitośnie w oczy sypał.

Jeszcze na skraju wsi, zatrzymał się i spojrzał za siebie. Droga biegła kręto. Oto stały przed nim wiejskie chałupy. I ta jedna, w której pracował prawie całe życie. Nie, nie tylko pracował. Służył. Nieszczęsna ziemia, której poświęcił swoje zdrowie i siły. Teraz, owo całe szczęście, cały jego świat został bezpowrotnie tam daleko. Żal niemiłosiernie wrzał i dławił w gardle.

Na skraju gościńca przystanął na chwilę, chcąc krzyknąć coś ze wszystkich sił w stronę wsi. Ścisnął pięści, zebrał się w sobie, ale tylko zachwiał się zbolały. Drżące wargi nie chciały poddać się nakazowi woli. Zaledwie rozpaczliwie otworzył usta, głos w nim zamarł bez jakiejkolwiek nadziei.

Na horyzoncie wyłaniała się już posępna, ciemna gęstwina.

– Ach!… Jeszcze tylko przejść ten las długi na dziesięć pacierzy… Żeby tylko ten gąszcz minąć… – pomyślał.

W oddali, między uginającymi się od śniegu świerkami, powoli i stopniowo malała na drodze, zwiędła, skurczona postać, a bezmiar nocy czaił się jak śmierć w nieskończoności.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.