web analytics
Fantasmagorie

Przyjaźń jak promień cz.2

Marta trzymała w dłoni pęczek kopert i zastanawiała się, czy powinna czytać dalej.  Ton listów przywoływał delikatne obrazy przeszłości. Były one piękne, jak wspólnie spędzone chwile.

Kobieta wodziła smutnie oczami po chylących się wyraźnie w prawą stronę literom. Charakter pisma nęcił i zapraszał do wspomnień.

 

Bardzo dużo radości sprawił mi list, który od Ciebie otrzymałam. I ty piszesz, że był utrzymany w tonacji nostalgicznej. Myślałam, że się popłaczę ze śmiechu. Nie mogę doczekać się października. Napędu dodaje mi myśl, że spotkamy Karolka. Szykujmy się na paradę ubiorów. Sezon jesień/zima. Wiem, to było niesmaczne, ale przypomnij sobie ten obcisły, czerwony golf. Nawet w „Czterdziestolatku” nie widziałam podobnych. On jeden potrafi rozbudzić nasze zmysły. Po jednym spotkaniu będziemy przez cały dzień pobudzone. Won z kawą! Ale! Strzeżmy się jego nieokiełznanej chuci! Przypominam Ci, że już coraz bliżej naszego spotkania. Nie zapomnij się umyć.

 

I ten podpis: Najpiękniejsza z pięknych.

Tylko Marta mogła zrozumieć ten rodzaj żartów. Nie było się zresztą o co obrażać. Ileż w tych słowach mieściło się naiwnych wygłupów zrodzonych z podobnego poczucia humoru i wzajemnego zaufania. Marta pamięta doskonale, ile razy zostawały na uczelni, zasiadały na ostatnim piętrze, gdzie dawno już skończyły się zajęcia. Było tam pusto i przyjaźnie. Nikt się nie kręcił i można było swobodnie siedzieć i rozmawiać. Był to czas dla najbardziej intymnych spowiedzi. Jednak układ był dość specyficzny. Marta mogła zawsze zostać dłużej, Justyna nie szafowała swoim czasem.

Ostatniego dnia zajęć, przed świętami Bożego Narodzenia, zarządzono „godziny rektorskie”. Marta, gdy przybyła na miejsce, zauważyła na tablicy informacyjnej, przyczepioną kolorową szpileczką, kartkę ze swoim nazwiskiem.

Martuś! Dowiedziałam się właśnie, że nie ma zajęć, ale muszę jechać, bo nie zdążę na autobus. Wiem, że nie lubisz życzeń, ale i tak: Wesołych Świąt! Co do Sylwestra, to jestem pewna, że będzie super. Daj z siebie wszystko! Muszę jechać, mam autobus o 14:50. Pa!

Dlaczego „muszę”? Czy faktycznie nie mogła poczekać, aż dojdę na uczelnię, żeby się ze mną zobaczyć? Czy te kilka minut to tak dużo? Marta poczuła rozgoryczenie. Była tak rozżalona, że o mały włos rozpłakałaby się tam na środku korytarza. Czy ona w ten sposób rozstałaby się z przyjaciółką? Czy tak wyglądałby ich ostatni dzień przed świętami, gdyby sytuacja była odwrotna? Na pewno nie; wróciłaby do domu ostatnim możliwym autobusem, byle tylko spędzić jeszcze parę chwil razem. Ponadto, Justyna obiecała, że przyjedzie na Sylwestra do Lublina i razem wybiorą się do akademika. Teraz już wiadomo, że z tego nici. Justyna znów zawiodła. Jak zwykle wybrała swój świat w Rzeszowie. Czy rzeczywiście tak bardzo tęskniła za domem, czy też Marta jej była potrzebna tylko na czas studiów.

Marta zatrzymała się. Do dziś nie może zrozumieć, czemu pozwoliła sobie tak bardzo przywiązać się do Justyny. Zawsze była bystra i pełna podejrzeń wobec ludzi, którzy ją choć raz zawiedli, ale przecież to niemożliwe, żeby Justyna wykorzystywała bezgraniczne jej oddanie i manipulowała uczuciami.

Jak widzisz, nie wytrzymałam, żeby nie napisać do Ciebie zaraz następnego dnia po naszym rozstaniu w czerwcu. Zważ, że piszę linijka pod linijkę i nie zachowuję marginesu. Ja już za Tobą tęsknię.

Ten list zwieńczony był nietypowym podpisem: „Justyna Babilońska” – od akademika o patetycznej nazwie Babilon i od pewnego, pięknego nieznajomego, którego tam po raz pierwszy spotkały.

Czy na pewno Justyna tęskniła? – zastanawiała się Marta rozczarowana – Przecież dziś nawet nie zadzwoni, a ja każdego roku składałam jej życzenia na urodziny. Widziały się kilkakrotnie po zakończeniu studiów, ale teraz do Lublina już dla niej za daleko, ale Mirkę w Warszawie co jakiś czas odwiedza. No tak, Mirka jest lekarzem i ma tam swój gabinet – dopowiedziała Marta sama sobie. – Tak łatwo zapomniała o mnie, choć tyle razy zapewniała, że jestem dla niej najważniejsza.

W jednym z listów, Justyna wyczuwając obopólne napięcie, tłumaczyła, że wcale nie jest tak bardzo zaabsorbowana „światem rzeszowskim” i to na pewno tylko tak wygląda, że jej życie towarzyskie kwitnie wraz z powrotem do rodzinnego miasta. Przekonywała również, że wakacyjna przerwa, w ich przypadku, niczego nie zmieni i wcale nie będzie im trudno znów dogadać się w październiku, a poza tym, w życiu istnieją rozstania i trzeba się z tym oswoić… Mimo, iż przyjaźń między kobietami trwała dość długo, Marta wyczuła już wtedy, w tym zdaniu, jakieś puste miejsce, które natychmiast, na żądanie autodestrukcyjnej, masochistycznej skłonności, zapełniła perspektywą nieuniknionego rozstania. Nie mogła zrozumieć, jak to właściwie jest. Czy tylko w okresie młodości serce ma pierwszeństwo przed rozumiem? Wiadomo, że z upływem lat, zmieniamy role społeczne, środowisko i całą otaczającą rzeczywistość. Ale czy to wystarczający powód, by postawić człowieka w sytuacji absolutnej konieczności przystosowania się do nowego? Przecież charakter i temperament są względnie stałą kompilacją. A może osobowość też uczy się i dojrzewa? Ale czy w wyniku obcowania z innymi ludźmi można aż tak zmienić swoje potrzeby, uczucia, zamiłowania i w ogóle styl życia? Marta stawiała pytanie za pytaniem, usiłując zrozumieć to, co od tylu lat kotłowało się w jej duszy. Zdała sobie sprawę, że od samego początku ich znajomości, obserwowała u Justyny wielką swobodę w dostosowaniu się do otoczenia. Taka lekkość ukrywania właściwych emocji, obwarowana fasadą życzliwej koleżeńskości wobec bezwzględnie wszystkich, wydawała się Marcie umiejętnością zupełnie niedościgłą. Zrozumiała, że właśnie ten brak elastyczności w zachowaniu, zawsze doprowadzał ją do wewnętrznych konfliktów i zwątpienia. Skojarzywszy tę zależność, poczuła pretensję do siebie.

Walka ze wspomnieniami to niebywale wyczerpujący wysiłek, który właściwie nigdy się nie kończy. Zwłaszcza jeśli ma się skłonność do przywoływania z przeszłości uczuć, w postaci nigdy niegasnących widziadeł.

            Patrzyła na czerwony tomik poezji Asnyka. Na pierwszej stronie, niebieskim długopisem, nieco koślawymi literkami, pochylonymi w prawo było napisane:

… „Na wieczną pamiątkę wspaniałej przyjaźni!

Niech przy czytaniu tej poezji spłynie na Ciebie nastrój naszych spotkań, rozmów (często burzliwych) i tego, co zostało przemilczane. Zatrzymaj te chwile na całe życie. Rzadko chodzą po świecie tak niepospolite osoby jak my, a jakie to dopiero szczęście, że udało nam się spotkać. Niech ta wielka miłość tchnąca z kart niniejszego (!) dzieła przypomni o przyjaźni jak promień słońca. Naszej przyjaźni.

J.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.